Moja opowieść to opowieść o wpływie tai chi na chorą duszę. Czasami też staje się to naszym udziałem. Ciężka choroba, a później tragiczna śmierć mojego syna, której byłam świadkiem, odebrały mi dawno temu chęć do życia. Po dwóch latach ogromnego cierpienia, z ciężką depresją znalazłam się w szpitalu. Depresja to czarna otchłań, w którą się wpada i trzeba wiele wysiłku, aby ujrzeć pomocną dłoń i spróbować się z niej wydostać . Niechęć do świata i ludzi, prawie kompletny bezruch, spędzanie długich godzin na niczym i palenie iluś paczek papierosów dziennie to stan, do jakiego doprowadziła mnie choroba. Miałam trochę szczęścia. Trafiłam na eksperymentalny, otwarty oddział szpitalny. Zajęcia przez pięć dni w tygodniu, od 7:00 do 15:00, wielu życzliwych ludzi i stały kontakt z domem. To były dobre warunki, przypominały raczej sanatorium niż oddział szpitalny. W programie po raz pierwszy pojawiło się tai chi jako element terapii.
Zajęcia prowadził Piotr Dworczyk. Tai chi mnie po prostu zaczarowało. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Po kilku latach bez czucia, bez ruchu nagle poczułam swoje ciało. To tak jakbym zaczęła na nowo żyć. Miałam ciało, które może się ruszać, a ruch i wysiłek sprawiały mi przyjemność. Nie chcę bagatelizować innych bardzo ważnych terapeutycznie zajęć, w których brałam udział, ale tai chi pochłonęło mnie bez reszty i dawało nadzieje na przyszłość. Miałam świadomość, że wszystko inne skończy się razem z wyjściem ze szpitala, a tai chi zostanie.
Po zakończeniu terapii bardzo szybko znalazłam się w grupie początkującej, a następnie trafiłam do grupy Piotra Janiaka. Klimat wzajemnej sympatii, ciepła i życzliwości, jaki potrafił wytworzyć uśmiechnięty i pełen humoru instruktor, to był miód na moje serce. I ten cudowny ruch przynoszący spokój i rozluźnienie, pozwalający oderwać się na chwilę od smutku rzeczywistości. Tai chi na długo przed „red bullem” dodawało mi skrzydeł.
Obowiązki nie pozwalały mi częściej niż raz w tygodniu uczestniczyć w zajęciach, ale przez wiele lat nic nie było w stanie przeszkodzić moim wizytom na sali gimnastycznej. Nabrałam nawyku codziennego porannego ćwiczenia don yu i tor yu na dobry początek dnia. A te dni stawały się coraz lepsze, coraz spokojniejsze, coraz bardziej uśmiechnięte. Tai chi było bodźcem, dzięki któremu rzuciłam palenie (biorąc pod uwagę ilość wypalanych papierosów, uważam to za mistrzostwo świata), i pomogło mi przetrwać wiele życiowych zawirowań. Jest w moim życiu stałą, niezmienną wartością. Punktem odniesienia wielu spraw. Ponieważ mam świadomość, jak wygląda otchłań, trzymam się swojego tai chi jak deski ratunku. Mój ból jest nieprzemijający, zawsze mi będzie towarzyszył, ale dzięki tai chi staje się łagodniejszy i nauczyłam się z nim żyć. I robię to z powodzeniem od 13 lat.
Tai chi to także ludzie. To wszyscy mili, sympatyczni, uśmiechnięci, życzliwi ludzie, z którymi zetknęłam się tutaj. Dziękuję im za radość wspólnego ćwiczenia. Dzięki przyjaciołom ze Stowarzyszenia po latach biernego uczestnictwa zapragnęłam zaangażować się w pomoc dla innych. Jestem instruktorem i członkiem zarządu oddziału. Staram się uczestniczyć aktywnie we wszystkich wydarzeniach i dużo pracować na rzecz rozwoju Stowarzyszenia. Chcę zaszczepić tego bakcyla wszystkim przychodzącym do mnie na grupę. Moim marzeniem jest, aby poczuli miłość do tai chi, jaką ja poczułam wiele lat temu, i żeby przyniosła im ona owoce w postaci poprawy zdrowia i samopoczucia.
Ela
(Tai chi ma jeden „mało” pozytywny aspekt. Zapomniałam, ile mam lat).